Opowieść o nie-kołysaniu

5 Dec

Wydany w lutym nakładem Wydawnictwa ZNAK Tajny dziennik Mirona Białoszewskiego jeszcze zanim pojawił się w księgarniach, okrzyknięty został najważniejszym wydarzeniem literackim 2012 roku. Dopiero 29 lat po śmierci autora Obrotów rzeczy, liczący 920 stron, dziennik zostaje „odtajniony”.

W połowie lat 70. po pierwszym zawale i powrocie z sanatorium Białoszewski przeprowadził się do nowego mieszkania w wieżowcu na obrzeżach Saskiej Kępy. Postanowił opisać swą przeprowadzkę, trudny proces oswajania się z nowymi miejscem, ludźmi – tak powstaje Chamowo, które ukazało się dopiero w 2009 roku. W 2012 roku czytelnik dostaje możliwość poznania wyjątkowo szczerych zapisków z lat 1975-1983.

Dziennik składa się z trzech części. Pierwsza i druga – Dokładane treści i Nadawanie – dyktowane były przyjaciółce i sekretarce poety Jadwidze Stańczakowej. Część trzecią, Pogorszenie, autor pisał sam. Na końcu Tajnego dziennika umieszczono również Listy do Eumenid, które pisał w ciągu ostatnich kilku miesięcy życia do Marii Janion, Marii Żmigrodzkiej i Małgorzaty Baranowskiej, które są również bohaterkami dziennika.

29 lat po śmierci poety – zgodnie z jego wolą – ukazuje się dzieło podobne do tego, do czego przyzwyczaił nas autor Donosów rzeczywistości, ale jednak inne, zbliżające nas do tajemnicy i „osobności” Białoszewskiego. Autor przygląda się w swoim Tajnym dzienniku ludziom, znanym i nieznanym, przede wszystkim jednak przygląda się sobie, odsłania bujne życie towarzyskie, artystyczne, prywatne, erotyczne. Nigdy chyba tak otwarcie i nie dawał dostępu, do przestrzeni, w której gościli wybrani.

Opowieść Białoszewskiego zdaje się być żywiołem, dziełem przypadku, a nie owocem przemyślanej artystycznej strategii. Wspomnienie dropsów w pięciu smakach z dawnego Placu Napoleona w Warszawie uruchamiają mechanizm pamięci, odsłaniają proces poznawania samego siebie, budowania swojej homoseksualnej świadomości. Wyjątkowo szczere wyznania kończy Białoszewski tak: Wiem, że niektóre rzeczy powtarzam. Ale w innych zestawach w odległych miejscach. A świadkowi życia – czytelnikowi pośmiertnemu, na pewno mylą się cudze przeżycia, imiona, daty. Dlaczego ten świadek ma istnieć – nie bardzo wiem, po co to wszystko piszę. Zabrałem z rozpędu. Nie chcę półprawdy.

Tajny dziennik to nie przemyślana w każdym detalu pisarska strategia, próba autokreacji, ale urzekająca szczerością, bezpośredniością opowieść o wyjątkowym człowieku i przenikliwej wrażliwości, błyskotliwości i autoironii. W pewnym miejscu dziennika stwierdzi: Wyszło czwarte wydanie Pamiętnika z powstania warszawskiego. Nigdy nie przypuszczałem, siedząc po piwnicach, że tyle na tym zarobię. 

Już od pierwszych stron zostajemy wrzuceni w wir życia, ruch, głosy, rozmowy, zasłyszane opowieści o ludziach, miejscach, urywki wspomnień, fragmenty. Białoszewski chce w swoim dzienniku odnotować wszystko – całą złożoność życia, które go otacza, jego nieprzeniknioność, bogactwo, żywioł miasta, które go wciąga, pochłania, mierzi i fascynuje. Myślę, że ja żyję bardziej tym, co jest koło mnie, i moimi bliskimi, którzy bardzo mi są pomocni w pisaniu – wyzna. Podglądacz nocnego zycia Warszawy, wpatrywania, namysły, nasłuchy sygnaturka od ulcy, która ginie w głośnym mieście.

Jest w dzienniku wyraźne tło historyczne, kontekst miejsca i czasu. Autor jednak zdaje się być poza „wielką historią”. Bardziej interesuje go spojrzenie z bliska, na mniejszą skalę. Po co odnotowuje detale, zbiera rupiecie opowieści? Rzeczywistość historyczna jest u Białoszewskiego jedynie zasłyszana, zobaczona, przefiltrowana, czytelnik dostaje głosy dobiegające z różnych źródeł. W Nadawaniu odnotowuje wizytę w nocnym kinie: Co pewien czas zaskakiwało mnie i niepokoiło zatykanie głosu. Słychać było za to nagle głos z innej strony. Tak jakby się cos popsuło. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że to miało być polepszenie – stereo. Cały Tajny dziennik jest taką właśnie stereo-opowieścią.

Białoszewski przede wszystki czujnie ogląda i słucha: Bo właśnie teraz jest czas kołysania się razem. Ja się z nimi razem nie kołyszę. Ale na osobności słucham ich uważnie. Tajni dziennik jest bowiem przede wszystkim wnikliwym zapisem jednej z wielu – dla Białoszewskiego jedynej – możliwości doznawanie rzeczywistości – poprzez słuch i dotyk. Taki model pozwala mu to zachować swoja osobność, choć jest świadomy zagrożeń wynikających z wyboru takiej właśnie postawy: Nie mam […] potrzeby włączania się w uczuciowość masową, […]. Wiem, że uczucie osobności jest zwodnicze. Zdaję sobie sprawę z nieoryginalności osobności, z jej pozoru.

Momentami jego rozważania mimochodem przeskakują z trybu zapisu na tryb szerszej, rzec by można filozoficznej, refleksji: Nie ma co tak rozdzielać rzeczywistości od nierzeczywistości. Zmysły i rozum zawodzą. […] Wytężone wpatrywanie i wsłuchiwanie się w rzeczywistość właśnie potrafi powodować przeskok odbieralności, odczucie mistyczne. Momentów takich jest w Tajnym dzienniku wiele. Oswajają go one ze śmiercią, szczególnie, gdy jest to śmierć bliskich osób.

4 marca 1980 roku Białoszewski zanotuje: Umarł Iwaszkiewicz. Powiedział przed śmiercią do kogoś, że jest zmęczony życiem i uważa, że to tamtej stronie jest tak samo smutno jak po tej. Strona, którą świadomie wybiera Białoszewski – mimo, że życie nie szczędziło mu trudnych doświadczęń – nie jest smutna. Chwilową słabość i zwątpienie skutecznie przezwycięży… galaretka z czarnych porzeczek.

Tuz po kolejnym zawale, 21 kwietnia 1983 roku zachwyca się urokiem wiosny, odwiedza redakcję PIW-u, cieszy z powodu majonezu, który po 6 dniach poszukiwań udaje mu się dostać, notuje: Życie wciąga.  Kilka dni wcześniej cieszy się z powodu wracającej ochoty pisania: Mam chęć pisać, kabaretować, bawić się, kontemplować. Odzyskałem siebie. Potrzeba pisania nie usypuje, mimo znużenia, choroby, problemów: Przyjemność pisania jest niezastąpiona niczym. W innym miejscu stwierdzi: Ciągle natykam się na siebie sprzed drugiego zawału: kawałki gazety z programem, notatki… Patrzę na to z zazdrością. Ale ostatnie dni są lepsze. Może znów narośnie nowe życie i wytworzy dobre skojarzenia. Ciągle mam niepewność, nieśmiałość. Umiera nagle w nocy z 17 na 18 czerwca 1983 roku w mieszkaniu swojej wieloletniej przyjaciółki Jadwigi Stańczakowej na Hożej w Warszawie. Tajny dziennik kończy się. Zaczyna się przygoda czytelnika.

Advertisements

O sztuce mądrego podróżowania

5 Dec

Paweł Hertz w recenzji “Drogi do Sieny” Marka Zagańczyka pisał tak: „Szkice te traktują o lekturach i podróżach, czyli łączą w istocie opis dwóch podróży – podróży myślowej i podróży rzeczywistej. Są to medytacje nad kulturą i życiem, a zatem nad tym, co jest istotą naszego bytu, trwamy bowiem w naturze i kulturze”. Komentarz ten wydaje się aktualny również w odniesieniu do kolejnej książki Zagańczyka. Cyprysy i topole to kontynuacja podróży i literackich medytacji.

Wydana nakładem „Zeszytów Literackich” książka Zagańczyka to zbór szkiców, notatki, impresji z podróży-pielgrzymek do miejsc, w których mieszkali, lub z którymi związani byli bliscy autorowi malarze i pisarze. „Siłą tej książki jest wiedza o przedmiocie, czarem – czuły opis” – zachwalała szkice Julia Hartwig. Nie jest się w tej podróży znużonym, choć nie widać wyraźnego celu. Snujemy się po bezdrożach, podziwiamy, przyglądamy się szczegółom, pukamy do dawno nieotwieranych drzwi. Zagańczyk wędruje nie do miejsc, ale do przestrzeni, którą – jak pisała Szymborska w wierszu Przed podróżą – „Łatwo określać […] tym jednym słowem, dużo trudniej wieloma”. Podróże te zawsze zapośredniczone są przez literaturę i sztukę. Daleko tym wyprawom do bezrefleksyjnego zwiedzania z bedekerem w ręku. Nawet jeśli autor trafi do miejsca znanego jak Florencja – otworzy dla nas najmniej oczywistą furtkę.

W jednym z węzłowych szkiców zbioru przywołana zostaje postać angielskiego pisarza i podróżnika Bruca Chatwina. Zagańczyk zdradza: „Niewielu jest pisarzy, którzy zawładnęli moją wyobraźnią, choć nie potrafię powiedzieć, co o tym zdecydowało, jaka część jego osobowości przemawia do mnie najsilniej”. I dalej: „Nie jest Chatwin jedynie pisarzem podróżnikiem, reporterem zanurzonym we współczesnym i dawnym świecie. Wypełnia swoje książki w sposób bliski poetom i niektórym powieściopisarzom”. Ideał wyznaczony przez autora Pieśni stworzenia doskonale realizuje również autor Drogi do Sieny w swojej najnowszej książce.

“Cyprysy i topole” są również literacką medytacją nad sensem podróży, próbą określenia rodzącej się w nas potrzeby poznawania świata poprzez wędrówkę. W pewnym miejscu swoich rozważań Zagańczyk mówi wprost: „Samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej, wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej dzięki wyobraźni podążać w nieznane”. W takim ujęciu jest być może książka Zagańczyka przekorną odpowiedzią na zasadnicze pytania. Zagańczyk uczy sztuki niepośpiesznego podróżowania, kontemplacji, medytacji. Jego teksty godniej nazywać zapiskami nie z podróży, ale peregrynacjami literackimi, literackimi medytacjami nad podróżą. Autor uczy spotkania z samym sobą – w podróży.

Wędrówka ta odbywa się do miejsc konkretnych, ale i jest opisem krajobrazów wyobrażonych, jak w szkicu „Inflanty”. Czytamy tam: „Wiele jest miejsc, których nigdy nie odwiedzę. Jedne są za daleko, inne za blisko, po prostu nie po drodze. Są i takie, które znam, choć nigdy w nich nie byłem. Wystarczyły widoki wyniesione z książek, pejzaże złożone z fragmentów wierszy i odrobina wyobraźni. Lubię wymyślone podróże, wyprawy do miejsc dzisiaj już zatartych, odmienionych. Można wędrować bez końca, odchodzić i wracać. Poznawać inny świat, odmienny od własnego życiorys. Byle tylko odnaleźć kilka stronnic szczególnie bliskich, barwny opis, anegdotę, starą fotografię”. Takimi stronicami okazują się tutaj małe prozy wspomnieniowe Kazimiery Iłłakowiczówny z tomu Trazymeński zając. Przetrwał tylko we wspomnieniach i wierszach Iłłakowiczówny, ożywiany za każdym razem, gdy ktoś — jak Marek Zagańczyk — podda je próbie czułej i uważnej lektury.

Marek Zagańczyk „Cyprysy i topole”, Fundacja Zeszytów Literackich 2012.

Wielogłos o Chutnik

1 Nov

W tekście tym przemówią głosy. Rzecze głos pierwszy: Od książki Chutnik niewątpliwie ciekawsza jest jej apercepcja w pewnych sferach i właściwie, zamiast omówienia Kieszonkowego atlasu kobiet, należałoby omówić, kto chwalił, gdzie chwalił i dlaczego chwalić musiał, czemu paszporty wręczał, do nagród nominował, do audycji radiowych zapraszał. Wątpliwości te pozostawię jednak nierozwiązane w ostatnim zdaniu pierwszego akapitu, bo nie zamierzam pamfletu pisać i przejdę do omówienia z kartograficzną precyzją rzeczonej wyżej pozycji.

Nowelki składające się na debiutancką powieść Sylwii Chutnik to kunsztownie budowana narracja kobieca. Autorka z uporem maniaka tka cztery różne życiorysy kobiet, które w istocie scalają się w jeden obraz Wielkiej Matki. Chutnik fascynuje bogactwo poszczególnych kobiecych istnień, które – w jej oglądzie – współtworzą archetypalny obraz Magna Mater ze społecznych nizin. Ukazuje się ona autorce w wielu wcieleniach; jest więc i Polska Matka, Matka Gastronomiczna, Gospodyni Domowa, Kobieta Bez Sensu, Kiblara. Matka Klozetowa, Matka Wariatka, Madonna Parapetowa, itd. Głos drugi powie: Chutnik obchodzą tylko istnienia kobiecości marginesowej – zepchnięte na rubieże czasu.

Bohaterem nowalijki Chutnik jest również bazar (sic!) na warszawskiej Ochocie: „Bez mapy nic tu nie kupisz. To jak miasto w mieście. Potrzebujesz przewodniczki? No to chodź ze mną. Na prawo syf, na lewo syf, a przed nami miejski labirynt” – peroruje już na wstępie narratorka. Trzeba kurczowo trzymać się jej doświadczonej ręki, dotykać pofałdowanych szat jej narracji, by nie zagubić się w labiryncie wysublimowanych literackich konceptów lub – nie daj boże – nie zabrnąć w ślepy zaułek fabuły. Nikt tak jak Chutnik nie zna bowiem mechanizmów, jakie rządzą bazarowym ekosystemem. To tu cztery bohaterki przyglądają się ludziom, dyskutują, robią zakupy, to tu kilka razy w tygodniu stoją w długich kolejkach i są jak wierne kopie „ukrzesłowienia” z obrazów Wróblewskiego – niby kierunek znany, ale wzrok mętny – nic dodać, nic ująć – Kobiety Bez Sensu.

Literatura polska czekała na ten tłumiony fallocentrycznym porządkiem głos, który wzbił się donośnie, wybuchnął i niejednych olśnił, na kolana powalił! Jest tu i gender przyprawiony domieszką queer, jest i kobiece „pisanie ciałem”, jest transgresywność i całkowite zanegowanie androcentrycznej perspektywy, jest wreszcie wyjście poza „ciemny kontynent” zamieszkiwany przez śmiejącą się Meduzę. Wielkiego kunsztu, wysublimowania wielkiego, rozmachu, polotu i sprytu potrzeba, by na zaledwie dwustu stronnicach tekstu upchnąć to wszystko! Ponad tym wszystkim unosi się jeszcze duch naturalizmu w stylu Zolli. Po mieszkaniach w obskurnej kamienicy przy Opaczewskiej na warszawskiej Ochocie – słuchajmy następnego głosu – nigdy do czasów Chutnik nie przejechał się rozumny elektroluks; w ich zakisłym zaduchu zwisała pajęczyna, której autorka przygląda się i fotografuje. Obiektyw kieruje jednak wyłącznie w kierunku ciemiężonych kobiet. Chwalebne! Inny głos doda: Polska literatura otrzymała nowego Zollę w spódnicy! I tej spódnicy trzymać się trzeba!

Autorka buduje naturalistyczny dramat o Marii – bazarówie z warszawskiej Ochoty („Z bazaru się zrodziłaś, na bazarze umrzesz”), wariatce, która w przypływie alkoholowego szału wyskakuje z okna, by ratować urojony obraz swojej córki. Drugim ogniwem tej układanki w duchu Borgesa jest Maria- łączniczka w czasie powstania, która na starość dziwaczeje i przenosi się z całym dobytkiem do piwnicy fatalnej kamienicy na Opaczewskiej i od czasu do czasu ukazuje się jako Matka Boska (sic!); jest i w dramacie Chutnik trzecie wcielenie Marii – Marian – paniopan (sic!), niedoceniony stylista i projektant mody ślubnej, który samotne wieczory umila sobie szydełkowaniem; w finale budowanego dramatu pojawia się czwarta persona – Maria–Księżniczka rewolucjonistka, która pełni role powieściowego Terminatora – ma zaledwie jedenaście lat – jest jednak w stanie doprowadzić do rozwiązani tragicznego konfliktu – podpala bazar. Kurtyna opada, niech przemówią głosy: „Tak ginie wszelkie spekulatywne mędrkowanie, wyrosłe nad bazarem przy Opaczewskiej, rozwiewające się ponad bezładem rupieciarni”. Nie czas żałować róż, gdy płonie bazar.

W finale pojawi się głos jeszcze jeden głos na bazarze zasłyszany: Spotyka pączek pączka i mówi: Ty stary, na uniwersytet mnie przyjęli. Na co ten drugi – zaskoczony bardzo – rzecze: No co ty?! Pączka!!! Debiutancka książka Sylwii Chutnik jest jak przywołany pączkowy dowcip. Tłusta, kaloryczna, krągła. Dla wybranych. Z przymrużeniem oka.

S. Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet, Korporacja Ha!art, Kraków 2008.